środa, 13 lipca 2016

KONIEC CAT BLOGUJE

Witajcie!

Trochę smutno to pisać, ale witam się z Wami ostatni raz. Długo nosiłam się z myślą o zamknięciu bloga - sami widzieliście, że w ostatnim roku bardzo często zdarzało mi się robić dłuższe przerwy, a ostatnie posty były publikowane w bardzo dużych odstępach czasu - ale czas było podjąć ostateczną decyzję. Chociaż blogowanie kiedyś przynosiło mi dużo radości, to po tych 4 latach stało się raczej obowiązkiem - straciłam zapał i serce do tego miejsca - miejsca, które kiedyś sama stworzyłam. 

To była wspaniała przygoda, która dała mi dużo więcej niż może się wydawać - nie zliczę rzeczy, których się dowiedziałam, możliwości, które dostałam. Poznani dzięki blogowaniu ludzie częściowo stali się częścią mojego bardzo prywatnego życia i wiem, że mogę na nich liczyć niezależnie od okoliczności, a współprace z firmami nauczyły mnie rzeczy nie tylko przydatnych biznesowo, ale i osobiście. W tym miejscu chciałabym bardzo podziękować dwóm Aniom. Ani - B. - która zrobiła w moim życiu neonową rewolucję, zawsze popychała (i mam nadzieję popychać będzie nadal) do robienia rzeczy dla mnie niemożliwych i takich, na które bym się sama nie zdecydowała, zawsze była dla mnie ogromnym wsparciem nie tylko blogowo, ale przede wszystkim prywatnie. I Ani "Orlikowej", za danie mi szansy na spełnienie marzenia, którego kiedyś nawet nie miałam. Współpraca z Orly była chyba najlepszą, jaka zdarzyła mi się przez te 4 lata - i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od konkursu...

Dziękuję wszystkim Wam - za to, że przez 4 lata byliście, czytaliście, za wszystkie komentarze i wiadomości, spotkania w rzeczywistości . Cat Bloguje nie istniałoby bez Was - ja tu tylko pisałam : ) Bloga nie będę usuwać - może kiedyś komuś przyda się jakiś post z archiwum, a jeśli nawet nie - nie chcę, żeby ktoś zajął ten adres, bo jest po prostu mój. Z sieci oczywiście nie znikam - jestem na youtube, który pochłonął mnie bez reszty, na którym odnalazłam nie tylko bratnie dusze i przestrzeń, w której mogę się rozwijać, ale i radość z tworzenia; jestem też na Instagramie i Facebooku, mail także zostaje bez zmian - jeśli będziecie mieli ochotę na kontakt ze mną, zapraszam - znajdziecie mnie z łatwością. 

Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia - w wirtualu albo w realu! ♥

czwartek, 26 maja 2016

PAZNOKCIE | AZTEC IN TROPICS

Witajcie!

Dzisiaj upieczemy kilka pieczeni na jednym ogniu - chcę Wam bowiem pokazać mocno już letnie zdobienie i kilka gadżetów, których użyłam do jego wykonania. 

Zaczniemy od płytki JQ-L10, którą dostałam od Lady Queen - ma wymiary 12 cm x 6 cm i mieści 7 drobnych wzorów oraz 14 wzorów całopaznokciowych. Wymiary jednego wzoru to 1,9 cm x 1,3 cm - to średnie wymiary, więc nie na każde paznokcie będą pasować; na moich są na styk, więc jak zauważycie za chwilę na zdjęciach - nie każdy wzór udało mi się dokładnie wcelować.



Podstawowy problem, jaki mam z tą płytką, to fakt, że nie ze wszystkimi lakierami i stemplami współpracuje. Próbowałam używać kolorowego lakieru z BLP - wzór w ogóle (!) się nie odbijał. Kolejna próba była z czarnym Wibo - wzory były widoczne, ale szarawe. W końcu z czarnym lakierem BLP efekt jest zadowalający, chociaż wciąż nieidealny. Jeśli chodzi o stemple - Crystal Clear w ogóle nie zbiera wzoru, podobnie stempel Jumbo - dopiero stary a'la Kand (klasyczny, czarny stempel) poradził sobie z przeniesieniem wzoru na paznokieć.
Płytka jest nierówno wyżłobiona, więc niektóre wzory nie przenoszą się w całości, w części zostaje zbyt dużo lakieru, w niektórych miejscach go brakuje, więc trzeba się namachać, żeby faktycznie cały wzór przenieść na paznokieć. Koszmarny minus to NIESAMOWICIE ostre brzegi płytki - przy wyciąganiu jej z opakowania i zdejmowaniu folii ochronnej pocięłam sobie palce do krwi...

Wzory na płytce to w przeważającej części motywy azteckie i geometryczne, ale wśród małych, pojedynczych wzorów znajdzie się także słoń czy baba jaga i straszny dom na Halloween. Mnie płytka kupiła właśnie tymi dużymi, azteckimi wzorami - do zdobienia użyłam jednego z nich (na zbliżeniu powyżej).


Zanim jednak stemple - potrzebne jest tło. Dziś w tej roli neonowy gradient zrobiony przy użyciu lakierów Orly: Key Lime Twist, Push The Limit i Hot Tropics. Ta trójka wygląda razem fenomenalnie! O limonce i pomarańczy już Wam kiedyś pisałam szerzej, czas na dwa słowa o Hot Tropics - to biskupio-fioletowy neonowy lakier ze srebrnym shimmerem. Na paznokciach przykuwa uwagę, nie barwi płytki, a shimmer nie migruje wszędzie podczas zmywania. Trwałość - jak na Orly przystało - nienaganna: nosiłam go ostatnio solo dobry tydzień, pod koniec tylko końcówki były delikatnie wytarte!


Kiedy gradientowa baza była gotowa, postanowiłam sprawdzić kolejny produkt od Lady Queen, czyli bazę typu peel off do zabezpieczania skórek. Wygląda jak zwykły, biały lakier (na opakowaniu nie ma najmniejszej nawet naklejki, nic!), pachnie jak klej Magic, a dzięki elastycznemu pędzelkowi i luźnej konsystencji łatwo go nałożyć na skórki. Wysycha szybko, dużo szybciej niż lateks malarski, którego używałam wcześniej, ale chociaż faktycznie zatrzymuje stemple czy lakier, chroniąc skórki, to jej ściąganie to istny koszmar. Nie da się zdjąć jej jednym ruchem, ciągnie się i rwie, zostając przy paznokciu i na palcach - to wina konsystencji, która sprawia, że warstwa produktu na skórkach jest po prostu zbyt cienka, żeby dawać pożądany efekt. Czyszczenie tej mazi z palców zajęło mi dłużej, niż zazwyczaj usuwanie resztek lakierów po stemplowaniu czy gradiencie, gdy nie używam bazy.



Tak prezentuje się efekt końcowy - na paznokciu palca serdecznego wzoru nie starczyło, na małym zaś postanowiłam sprawdzić też pojedynczy wzór z płytki, wygląda to chyba całkiem dobrze. Oczywiście wzory są wybitnie nierówne i niesymetryczne, ale to zrzucam na stempel - nie mogłam użyć przezroczystego stempla, żeby dobrze wcelować, a Jumbo, do którego jestem przyzwyczajona, tutaj zwyczajnie nie zadziałał. Całość jednak całkiem-całkiem mi się podoba - zarówno wzór, jak i kombinacja kolorystyczna : )

Płytkę znajdziecie tutaj, aktualnie kosztuje 5.32$. Za taką cenę nie mogę Wam jej polecić, jestem przekonana, że można znaleźć coś lepszego, albo podobne wzory dużo taniej. Barierę peel off, której tym bardziej nie polecam (lepiej kupić lateks albo zwykłą bazę peel off, chociażby z Miss Sporty) znajdziecie tutaj, za 3.16$.  Jedyne, co z pełną odpowiedzialnością mogę Wam polecić, to lakiery Orly - ale o mojej miłości do nich już wiecie : )

Jak podoba się Wam płytka i co sądzicie o zdobieniu? Dajcie znać : )

poniedziałek, 16 maja 2016

PAZNOKCIE | TROPICAL POP

Witajcie!

Zgodnie z tym, co zapowiadałam na fanpage, zanim dojdzie do drastycznych zmian na blogu, chcę jeszcze nadrobić wszystkie zaległości i wywiązać się ze zobowiązań. Dlatego dzisiaj pokażę Wam lakier, który jest istną petardą - chociaż nie lubię pomarańczowych odcieni na paznokciach, ten kupił mnie w dwustu procentach.



Tropical Pop od Orly to cudowny, słoneczny pomarańcz pochodzący z kolekcji Baked. W butelce wygląda na bardziej żółty, ale już na paznokciach pokazuje swoją pomarańczową odsłonę. Nie jest tak zimny ani neonowy jak Mayhem Mentality, ale trudno go nie zauważyć : ) 
Lakier jest idealnie kremowy, nie ma żadnych drobinek; jego konsystencja jest bardzo podobna do innych kremowych lakierów tej marki, chociaż wydaje mi się, że jest minimalnie bardziej gęsty. Na paznokciu rozkłada się równo, nie smuży i nie ciągnie się, a nieco bardziej gęsta konsystencja i sprężysty pędzelek pozwalają na precyzyjne wypoziomowanie lakieru i niezalanie skórek.


Bardzo dobrze kryje już po jednej warstwie, ale do idealnego efektu potrzeba dwóch warstw. Efekt, który zobaczycie na zdjęciach, nie wymaga położenia białej bazy - chociaż Tropical Pop należy do tych bardziej neonowych odcieni, nie potrzebuje 'wspomagania' : )
Na paznokciu wysycha bardzo szybko, dając półmatowy efekt - na zdjęciach lśni za sprawą warstwy topu Insta Dri.


Jak większość lakierów Orly, Tropical Pop jest bardzo trwały - na zdjęciach widzicie go po dwóch dniach od malowania, ale noszę go już czwarty dzień i nadal wygląda idealnie - nie ma odprysków ani nawet wytartych końcówek. 
Początkowo planowałam go połączyć z azteckimi wzorami stempla, ale niestety płytka bardzo mocno mnie zawiodła (napiszę Wam o niej niebawem), więc dodałam do Tropical Pop hawajskie kwiaty z płytki B.02 flower power przy użyciu lakieru B. A Sunset - oba produkty oczywiście marki B. Loves Plates. I chociaż na dworze jest raptem 5 stopni, to ja mam lato na paznokciach : )

Jak podoba Wam się ten odcień? Nosicie takie kolory na paznokciach?

niedziela, 3 kwietnia 2016

CRYSTAL CLEAR STAMPER - PORÓWNANIE B. LOVES PLATES I LADY QUEEN

Witajcie!

Jakiś czas temu nowy rodzaj stempla podbił szturmem serca lakieromaniaczek, dając szansę na precyzyjne odbijanie wzorów dokładnie tam, gdzie są one pożądane. Crystal Clear Stamper, czyli po prostu przezroczysty stempel, stał się elementem wręcz niezbędnym u wielu dziewczyn - sama mam dwa egzemplarze, więc postanowiłam, że porównam je dla Was, żeby sprawdzić, czy w ogóle warto taki gadżet kupić i jeśli tak - czy warto za niego zapłacić więcej. 
 

Do porównania stają: stempel marki B. Loves Plates (transparentny) i stempel od Lady Queen (różowy). Przezroczysty stempel jako taki cechuje się przede wszystkim transparentną, podatną na uszkodzenia gumą i brakiem "tylnej części" stempla, dzięki czemu od góry widać, w którym dokładnie miejscu odbijamy wzór. To innowacja na którą wiele dziewczyn czekało - teraz nie tylko można odbijać precyzyjnie pojedyncze wzory, ale i te geometryczne i wymagające dokładnego, nieraz symetrycznego ulokowania. 

W każdym zestawie, który kupujemy, otrzymujemy stempel i plastikową zdrapkę, którą ja oczywiście natychmiast odłożyłam na bok, bez planów jej użycia - pamiętajcie, że takimi zdrapkami bardzo łatwo jest zniszczyć płytki. Wizualnie stemple nie różnią się dosłownie niczym, oprócz koloru oczywiście - rączka ma identyczną długość i średnicę, zakończenie, rowki, guma również na pierwszy rzut oka niczym się nie różni - ma tę samą grubość i średnicę, tak samo dobrze leży w uchwycie i tak samo bardzo trzeba na nią uważać - guma w przezroczystych stemplach jest bardziej delikatna, niż w innych, łatwiej więc o uszkodzenia mechaniczne. 



Tak jak możecie zauważyć na powyższym zdjęciu, guma bardzo łapie wszystkie pyłki i drobinki, ale do jej czyszczenia nie powinno się używać zmywacza! Ja zawsze używam rolki do czyszczenia ubrań, żeby zebrać zanieczyszczenia z powierzchni gumy i resztki lakieru po stemplowaniu. 
Oczywiście kluczowym aspektem jest twardość gumy i jej zdolność zbierania wzoru. Zauważyłam, że stempel transparentny, czyli ten od B. Loves Plates, jest odrobinę bardziej miękki, dzięki czemu łatwiej podnieść wzór z płytki i przenieść go na paznokieć. Mimo to, osoby z bardziej zakrzywioną płytką paznokcia mogą mieć problemy, bo przy użyciu tego stempla gumę należy przyciskać do paznokcia, nie rolować, więc całopaznokciowy wzór może nie odbić się na krawędziach płytki.


Jeśli chodzi o odbijanie wzoru - być może Was zaskoczę, ale oba stemple radzą sobie bardzo przeciętnie. Żeby odbić idealnie wzór, potrzebowałam kilku prób (niezależnie od tego, którego stempla używałam), to tak naprawdę kwestia szczęścia. Na 10 prób zazwyczaj zupełnie udane były tylko 2, czasem 3. Czasami można przymknąć na to oko, czasami jednak wzór musi być idealnie odbity, a o stuprocentową pewność trudno w przypadku obu stempli. Na zdjęciach niżej zobaczycie, że na stemplu od BLP wzór odbił się bardziej precyzyjnie, ale wydaje mi się, że to tylko przypadek - kiedy używałam stempli wcześniej, ten od Lady Queen rozczarowywał mnie rzadziej. 


To, o czym muszę jeszcze wspomnieć, to fakt, że w obu stemplach, z uwagi na twardą gumę, pod pewnym kątem widać wgnieciony wzór z płytki, nawet po usunięciu resztek stempla przy pomocy taśmy. Wnioskuję więc, że przy dłuższym używaniu, wzory przestaną się po prostu odbijać precyzyjnie, bo na gumie będą już mikrozniszczenia spowodowane "odciśnięciem" innych wzorów. Swoich stempli używałam dosłownie kilkanaście razy, ale widzę różnicę między tym, jak odbijały wzory na początku, a jak robią to teraz. 


Na koniec jeszcze kwestia ceny i dostępności: stempel B. Loves Plates kosztuje 21,90 zł i jest dostępny tutaj (także w wersji różowej oraz wersji z ochronnym zamknięciem!), natomiast stempel Lady Queen kosztuje aktualnie 5,32$ (ok. 20 zł) i jest dostępny tutaj (także w wersji przezroczystej i fioletowej) - możecie skorzystać z kodu rabatowego KELC15, żeby dostać 15% zniżki. Przy rozważaniu zakupu trzeba też pamiętać, że czas dostawy będzie się znacząco różnił - Lady Queen oczywiście wysyła z Azji, oznacza to 2-3 tygodnie oczekiwania na przesyłkę. 

Czy w ogóle potrzebny jest stempel tego typu? Jeśli tak, który kupić? Szczerze mówiąc, uważam, że stempel typu Crystal Clear to interesujący pomysł, ale nie zrewolucjonizował on mojego stemplowania, sięgam po niego wyjątkowo rzadko - wolę pokombinować bardziej ze stemplem typu Jumbo, szczególnie jeśli nie zależy mi na idealnej symetrii, niż irytować się, że CC nie odbija tak, jakbym tego chciała. Jeśli miałabym wybierać między tymi dwoma stemplami, które dziś porównywałam, chyba postawiłabym na stempel od B. Loves Plates, ale tylko z uwagi na krótszy czas dostawy, brak wahań walutowych i zamieszania w związku z płatnością w innej walucie. 

Mam nadzieję, że dzisiejsze porównanie przyda Wam się, jeśli zastanawiacie się nad zakupem takiego stempla, a jeśli już taki macie - koniecznie dajcie mi znać, jakiej firmy i czy jesteście zadowolone! : )
 

poniedziałek, 21 marca 2016

PAZNOKCIE | FIRST DAY OF SPRING

Witajcie!

Podobno mamy wiosnę - przynajmniej tak wczoraj krzyczały powiadomienia na facebooku, a dziś w kalendarzu. Za oknem tego nie widzę, bo jest szaro i zimno, więc przynajmniej ponoszę sobie wiosnę na paznokciach - i to w podwójnym wydaniu.

Bohaterem dzisiejszego wpisu i główną gwiazdą na paznokciach jest lakier Orly Cheeky, pochodzący z wiosennej kolekcji Blush z 2014 r. To niezwykle uroczy, brzoskwiniowy lakier ze złotym shimmerem. Jest delikatnie ciepły, więc już nie mogę doczekać się noszenia go latem, na lekko opalonych dłoniach - będzie wyglądał bosko!


Chociaż Cheeky to nie jest zwykły lakier kremowy - baza jest nieco bardziej przezroczysta i rzadsza, niż w klasycznych kremach - to do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy. Czas schnięcia mieści się w Orlikowej normie, chociaż lakier jest troszkę dłużej miękki - warto pokryć go szybkoschnącym topem, żeby gdzieś nie zahaczyć i nie zniszczyć sobie zdobienia. 
Złoty shimmer, pięknie połyskujący na paznokciach, jest bardzo drobny, więc równo rozkłada się na płytce i nie zbija w grupki, przez co nie sprawia problemów w malowaniu. Przy zmywaniu trzeba uważać, żeby bardzo nie pocierać wacikiem płytki, a "zsuwać" lakier, wtedy drobinki nie utkną na bokach paznokci. 



Chociaż Cheeky sam w sobie prezentuje się uroczo i wiosennie, postanowiłam dodać do niego coś jeszcze - drobny akcent wpasowujący się kolorystycznie i tematycznie. To złote naklejki od Lady Queen o numerze TY075. Czytając opis na stronie wydawało mi się, że będą to klasyczne naklejki wodne, jednak gdy otworzyłam przesyłkę okazało się, że to naklejki typu 3D, niewymagające wody. Dużo osób narzeka na problemy w aplikacji tego typu ozdób i krótką trwałość, ale ja jestem naprawdę zadowolona - nie muszę bawić się z wycinaniem wzorów, wodą i tak dalej, wystarczy, że pęsetą zdejmę wybrany wzór i przeniosę go na paznokieć. Klej na naklejce jest wystarczająco mocny, żeby dobrze się trzymała paznokcia - dopiero zmywacz poradził sobie z usunięciem ozdób pokrytych warstwą topu. Co ważne - top nie rozmazał złotych wzorów na wierzchu naklejki! 
Na jednym arkuszu znajduje się 50 naklejek w różnych rozmiarach i wzorach, dzięki czemu można stworzyć więcej niż jedno czy dwa zdobienia. Niestety, niektóre wzory występują na arkuszu czterokrotnie, niektóre tylko dwukrotnie, więc jeśli chcemy ozdobić po dwa paznokcie na każdej dłoni, naklejek może nie wystarczyć. 
Złote ozdoby 3D znajdziecie tutaj, aktualnie za 2,45$ (pamiętajcie o kodzie zniżkowym KELC15).



Jak się Wam podoba Cheeky w towarzystwie drobnych, złotych kwiatków? Wystarczająco wiosenny, żeby przegonić tę szarość za oknem? ;-)

niedziela, 13 marca 2016

PAZNOKCIE | SUBTLE AND BARE

Witajcie!

Są takie kolory w lakieromaniaczym świecie, w których trudno znaleźć ideał - dobrze kryjąca biel i czerń, odpowiednio napigmentowane neony, mięta czy baby blue, a także pasujący do karnacji, nie-trupi nude. Tego ostatniego bardzo długo szukałam i kiedy znalazłam OPI My Very First Knockwurst, myślałam, że nic lepszego trafić mi się nie może. Do czasu, aż trafił do mnie lakier Orly - Dare to Bare, pochodzący z kolekcji Blush (wiosna 2014).



Na zdjęciach wyszedł dużo jaśniejszy, niż w rzeczywistości -  w buteleczce to idealny kolor kawy z mlekiem czy kawowych lodów. To praktycznie ten sam kolor podstawowy, co My Very First Knockwurst, ale tamten ma różowe podtony, a Dare to Bare - brązowe. Kolor świetnie zgrywa się z moją bardzo jasną, neutralną karnacją, nie daje efektu 'dłoni manekina', a nałożony solo - w ogóle nie rzuca się w oczy.

Zazwyczaj problemem w przypadku cielistych lakierów jest krycie - Dare to Bare nie różni się w tym względzie od innych kremowych lakierów Orly: do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy. Ja nakładam zazwyczaj jedną zupełnie cienką i jedną odrobinę grubszą, dzięki temu lakier równo rozkłada się na płytce i ukrywa jej niedoskonałości. 


Wybaczcie stan moich skórek - źle znoszą zimo-wiosnę :<
 Lakier solo na paznokciach prezentuje się bardzo dobrze - 'czysto' i estetycznie, ale ja chciałam odrobinę zamieszać, więc dodałam do niego białe stemple lakierem B. a Snow White. Wzór pochodzi z płytki  BP-28, a do odbicia go używałam stempla tylu Crystal Clear - niedługo napiszę Wam o tym wynalazku, bo mam do porównania ten sam produkt dwóch różnych firm ;-)
Całość jak zwykle pokryłam warstwą Sally Hansen Insta Dri - wiecie, że mam słabość do szklanego wykończenia. 

Jak podoba Wam się Dare to Bare? Nosicie w ogóle paznokcie nude, czy jednak wolicie kolory?

środa, 2 marca 2016

ORLY | FRENEMY

Witajcie!

Całkiem niedawno pokazywałam Wam czerwony lakier o wykończeniu typu jelly - Orly 15 Minutes of Fame - i pisałam wtedy, że nie przepadam za lakierami o tym wykończeniu. Ale jak można nie być fanem takiego mikrokosmosu w buteleczce, jakim jest Frenemy? No nie można! Noszę go aktualnie na paznokciach już któryś raz i sama się dziwię, dlaczego jeszcze Wam o nim nie napisałam. Nadrabiam!


Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z czarną baza i srebrnymi drobinkami. Nic bardziej mylnego - Frenemy, pochodzący z zimowej kolekcji Orly Infamous, to grafitowa baza, która w słabym świetle faktycznie może wydawać się czarna, a drobinki mienią się na dosłownie wszystkie kolory tęczy - przeważa róż, jest ciemna zieleń, widać też przebłyski niebieskiego i złotego. Drobinki rozkładają się w czasie malowania równo, nie zbijają się w grudki i nie trzeba ich wyławiać z butelki.


Konsystencja lakieru jest dość rzadka, emalia nie ciągnie się i rozkłada równo na płytce, nie tworząc glutków. Frenemy, w przeciwieństwie do 15 Minutes Of Fame nie dość, że nie sprawia problemów w aplikacji, to jeszcze dużo lepiej kryje - do pełnego krycia, jakie zobaczycie na zdjęciach, wystarczą dwie cienkie warstwy, które - nawiasem mówiąc - schną o wiele szybciej niż we wspomnianym czerwonym żelku. Lakieru na końcówkach paznokcia jest siłą rzeczy najmniej, więc to właśnie tam będzie widać ewentualne prześwity i to właśnie po końcówkach najlepiej będzie widać "znoszenie" lakieru - u mnie pierwsze starcia pojawiły się po 3 dniach noszenia, ale nie były na tyle widoczne, żebym musiała zmyć lakier. 



Frenemy to ozdoba sama w sobie, więc już teraz, po kilku dniach od malowania, widzę, że chyba przesadziłam z dodaniem do niego mini-zdobienia. W zamierzeniu te złote, czerwone i turkusowe kropki miały imitować kamienie szlachetne - gdybym miała jakieś kryształki w swoich ozdóbkowych zbiorach, pewnie dodałabym je na kilku paznokciach, a przecież lakier sam w sobie jest naprawdę wyjątkowy i ładny. Nic to, następnym razem zostawię Frenemy solo - i tak zwraca na siebie uwagę :)


Pod postem o 15 Minutes Of Fame znalazło się kilka komentarzy, że nie lubicie żelkowych lakierów i nie tolerujecie prześwitów. A co powiecie na takiego gagatka - kryjącego żelka z drobinkami? Mnie kupił! : )

niedziela, 21 lutego 2016

ORLY | POLISHIELD ALL IN ONE ULTIMATE TOP COAT*

Witajcie!

W styczniu udawało mi się utrzymać dobrą passę i publikować posty zgodnie z planem, ale niestety, koniec ubiegłego miesiąca i trzy pierwsze tygodnie lutego okazały się bezlitosne. Życie prywatne i rodzinne tak bardzo odbiło się na całej reszcie, że nie było mowy nawet o malowaniu paznokci, które wiecznie się łamały od nadmiaru stresu i od braku dbałości o nie, a to, że nie zawaliłam sesji, to chyba jakiś cud. W tym miejscu, póki jeszcze Waszej uwagi nie odciągnął bohater posta, napiszę - dbajcie o swoich bliskich. Nie rezygnujcie z możliwości spędzenia czasu z nimi, bo gdy ich zabraknie, będzie jakoś pusto bez podsuwania czekoladek, wypytywania o uczelnię i nawet tych dyskusji o polityce, które kiedyś drażniły. 

Przechodząc do sedna posta - szczerze mówiąc, nie chce mi się nawet sięgać po lakiery do paznokci. Nie wiem, czy to przyzwyczajenie do tego, że paznokcie są niepomalowane, czy zmęczenie materiału. Są jednak zobowiązania z których muszę i chcę się wywiązać (a Ania z Orly i tak ma już do mnie anielską cierpliwość!), więc zanim połamane paznokcie odrosną, na swoje 5 minut uwagi ma szansę jeden z preparatów marki Orly - top coat Polishield.


W kwestii technicznej Polishield nie różni się znacząco od innych produktów marki. Nie wiem, czy już Wam o tym kiedyś wspominałam, ale uwielbiam w Orly dbałość o spójność wizerunkową. Top coat, podobnie jak inne lakiery, zamknięty jest w buteleczce o pojemności 18 ml, która wyposażona jest w klasyczny dla marki pędzelek oraz nakrętkę typu Gripper Cap, dzięki której otwieranie jej nie sprawia problemów. Tym, co wyróżnia preparat spośród innych produktów jest dodatkowe opakowanie - kartonik, w którym dostajemy produkt (założę się, że są na nim wszelkie potrzebne informacje, ale wyrzuciłam go, zanim to przemyślałam ^^), utrzymanie detali opakowania i rączki we fiolecie (a nie jak w przypadku lakierów - czerni), oraz oczywiście matowe szkło samej buteleczki. 


Jeśli używacie lakierów nawierzchniowych to z pewnością wiecie, że zazwyczaj są dość gęste, jakby żelowe. Tym razem konsystencja lakieru jest zaskakująco rzadka, to chyba najbardziej płynny top coat, z jakim miałam do czynienia. Oczywiście kilka razy zdarzyło mi się przez to zalać sobie skórki, co na szczęście po wyschnięciu nie było widoczne. 
Polishield ma trzy podstawowe funkcje: ma chronić, wysuszać i zabezpieczać lakier. Z ochroną i zabezpieczeniem faktycznie radzi sobie dość dobrze - przedłuża trwałość lakieru na paznokciu, zapobiega jego blaknięciu i rysowaniu się, natomiast nie tworzy charakterystycznej, a'la szklanej czy żelowej powłoki (jak Sally Hansen Insta Dri czy Seche Vite), przez co paznokcie nie stają się bardziej odporne na uszkodzenia mechaniczne - w przypadku Insta Dri zdarzało mi się, że top coat dosłownie ratował paznokcie przez złamaniem. 
Jeśli chodzi o wysuszanie, nie zauważyłam, żeby w jakiś szczególny sposób skracał czas oczekiwania. Kremowe lakiery Orly mają to do siebie, że same w sobie schną dość szybko, więc w ramach testu użyłam Polishielda na opornych żelkach tej marki - niestety, nie sprawił magicznie, że warstwy wyschły ekspresowo. 


Przez wiele osób Polishield uznawany jest za najlepszy top coat, znam wiele jego fanek. Po przetestowaniu jednak nadal trudno mi z całą mocą im przytaknąć. Bezsprzecznie produkt ma mnóstwo zalet - dzięki swojej konsystencji nie gęstnieje w butelce, ma dużą pojemność, chroni lakier, nie rozmazuje stempli, nie tworzy bąbelków na paznokciach, łatwo go nałożyć, nie śmierdzi jak niektóre topy, np. Seche Vite, który cuchnie butaprenem, nie ściąga końcówek.
Z drugiej zaś strony, brakuje mi tego żelowego/szklanego wykończenia, które daje mi InstaDri, przez które niektórzy pytali mnie, czy mam na dłoniach hybrydy; poza tym, Polishield nie jest niestety dostępny stacjonarnie (z wyjątkiem jakichś targów czy podobnych eventów), więc jeśli ktoś nie ma zaufania do zakupów w sieci, pewnie po niego nie sięgnie.

Dla mnie top coat jest preparatem niezbędnym; Polishield to bez wątpienia świetny produkt, ale czy zdetronizował Insta Dri? Sama nie wiem. Na pewno bije na głowę Seche Vite, na pewno zdobył moje serce, ale czy kupiłabym drugą buteleczkę? Nie mam pojęcia. Gdyby ktoś odciął mi dostęp do Insta Dri, to z pewnością tak ;-)

niedziela, 24 stycznia 2016

PAZNOKCIE | 15 MINUTES OF FAME

Witajcie!

Wiedziałam, że lakiery żelkowe nie są dla mnie. Wiedziałam. Ale oczywiście nie pomogło mi to w "niechceniu" całej kolekcji Infamous od Orly, w której przecież żelkowe lakiery są aż dwa. Irytuję się więc przy malowaniu, ale maluję dalej, bo są ładne - logika lakieromaniaczki ;-)
 

Dzisiaj pod lupę, a w zasadzie pod reflektor (skoro trzymamy się motywu sławy) wędruje lakier 15 Minutes Of Fame. I od razu muszę zaznaczyć, żebyście nie sugerowali się zdjęciem na stronie, bo ten lakier NIE JEST różowy! Szkoda, bo szczerze mówiąc miałam nadzieję, że będzie. Ale nic to, czerwony też jest ładny. Zwłaszcza, że nie jest to taki typowy odcień czerwieni - trochę w niej pomarańczu, trochę różu, a do tego sporo w nim złotych drobinek, które też zmieniają odcień podstawowy bazy. 


Tak jak już wspomniałam na początku posta, 15 Minutes Of Fame to lakier o wykończeniu żelkowym, nieco szklistym. Nie kryje więc stuprocentowo, można nałożyć go na czerwoną bazę, żeby uzyskać głębszy efekt. Przy krótkich paznokciach krycie nie jest problemem, natomiast przy długich, chociażby takich jak moje, prześwitująca płytka paznokcia, zwłaszcza na wolnym brzegu, może irytować - w szczególności jeśli ktoś, tak jak ja, jest przyzwyczajony do lakierów kremowych. 
Żeby uzyskać takie krycie, jak zobaczycie na zdjęciach, potrzebne są dwie warstwy - i co zaskakujące, nakładało mi się je dość opornie. Pierwszą udało się nałożyć cieniutko, natomiast druga zachowywała się dosłownie jak żelek i od razu rozkładała się grubszą warstwą.

Nie pozostało to bez wpływu na czas schnięcia - pierwsza, cienka warstwa "do dotyku" była sucha po 2-3 minutach, ale w pełni wyschła po ok. 15, natomiast druga, pokryta następnie wzorem i topem, była miękka przez... około godzinę. Nigdy nie miałam lakieru z Orly, którego czas schnięcia byłby tak długi, więc obstawiam, że to niestety wina formuły żelkowej. Warto jednak pomęczyć się i uważać przez chwilę na paznokcie, bo efekt, jaki daje lakier (zwłaszcza w zdobieniu) jest tego warty.


Miałam przez chwilę ochotę pójść śladem Ani i dodać do lakieru białe, śnieżynkowe stemple żeby wpasować się w panującą aurę, ale stempel nijak nie chciał ze mną współpracować. Może to i dobrze - złapałam cieniutki pędzelek i domalowałam na trzech paznokciach białe, nieco abstrakcyjne esy-floresy ze złotymi akcentami i z efektu jestem zadowolona. Wyglądają nienachalnie, ale dość elegancko i tak sobie teraz myślę, że byłyby w sam raz na jakąś studniówkę ;-)


Wzór delikatnie się rozmazał pod topem Polishield, ale na żywo nie jest to w ogóle zauważalne - tylko takie zdjęcia jak to powyżej zdradzają maluteńkie smugi. ;-) 

To już któryś raz, jak mam 15 Minutes Of Fame na paznokciach, więc mogę od razu powiedzieć Wam też jak wygląda kwestia zmywania - domyślacie się zapewne, że nie przebiega zupełnie bezproblemowo. Sama baza rozpuszcza się szybko i nie sprawie kłopotów, natomiast oczywiście zatopione w niej drobinki wymagają uwagi - zdarza im się zostać gdzieś na paznokciach, zwłaszcza w okolicy skórek, natomiast nie trzeba do zmywania tego lakieru używać folii aluminiowej. 
 
 
Gdyby nie długie wysychanie i lekko prześwitujące końcówki, które działają na moje perfekcjonistyczne nerwy, z pewnością nosiłabym 15 Minutes Of Fame na paznokciach dużo częściej, bo kolor bardzo mi się podoba. Na pewno jednak, mimo wad, nie wrzucę tego lakieru na dno szuflady - jest na to zwyczajnie zbyt ładny ;-)
 
Jak Wam się podoba? Lubicie w ogóle lakiery o wykończeniu jelly?

piątek, 15 stycznia 2016

B. LOVES PLATES | B. A RAINDROP & B. A LILAC SWEATER - STAMPING POLISH

Witajcie! 

Kontynuuję swatchowanie i testowanie dla Was lakierów do stemplowania marki B. Loves Plates - tym razem wracamy do jesiennej, metalicznej kolekcji Let's Fall in Love. W jej skład wchodzi 6 lakierów o numerach od BLP17 do BLP22: ciemnoszary B. A Twilight, niebieski B. A Raindrop, zielony B. A Fairy Forest, fioletowy B. A Lilac Sweater, czerwony B. A Red Wine i pomarańczowy B. A Scary Pumpkin.

zdj. B. Loves Plates
Z okazji urodzin Ania wyposażyła moje zbiory w dwa kolejne lakiery spośród sześciu (recenzje poprzednich znajdziecie wyżej, kliknięcie w nazwy przeniesie Was do odpowiedniego posta) - B. A Raindrop i B. A Lilac Sweater. W dzisiejszym poście mam więc dla Was prezentację obu tych lakierów i oczywiście szybki test.


Technicznie mamy oczywiście do czynienia z dokładnie takim samym produktem jak zwykle, więc pozwolę sobie oszczędzić Wam szczegółów - na pewno dokładnie znacie już specyfikację tych buteleczek. ;-) Liczy się to, co w tych buteleczkach zostało zamknięte. W przypadku bohaterów dzisiejszego posta są to metaliczne lakiery dedykowane do stemplowania. Nie dajcie się jednak zmylić - są dobrze napigmentowane i zarazem na tyle płynne, że można spokojnie używać ich do normalnego malowania paznokci! Zwłaszcza ten okres karnawałowo-studniówkowy sprzyja takim błyskotkom, więc zamiast kupować drugi, identyczny lakier, spróbujcie pomalować paznokcie którymś z nich.



B. A Raindrop to jakby błękitna baza naładowana srebrnymi i ciemnoniebieskimi drobinkami, co sprawia, że lakier wygląda jak płynny metal. W rzeczywistości jest troszkę ciemniejszy, niż na powyższym zdjęciu (dobrze oddany jest na zdjęciu na samej górze posta). Jak każdy chyba metalik najlepiej wygląda na ciemnych lakierach bazowych - to one pozwalają mu niesamowicie błyszczeć. 
Wzór pokryty lakierem bez zarzutów przenosi się na stempel, a potem na paznokieć, ale przy czyszczeniu skórek i płytki drobinki mogą migrować, dlatego płytkę dobrze jest wytrzeć wacikiem nasączonym zmywaczem, pocierając w różnych kierunkach, a paznokieć zabezpieczyć warstwą lateksu czy bazy peel-off.

Jak sami widzicie - na białej bazie lakier wygląda dobrze, ale jednak zdecydowanie lepiej prezentuje się na czarnej. To chyba urok wszystkich metalików. Raczej nie polecałabym nakładać je na brokatową czy metaliczną bazę, bo mogą 'zginąć' - są troszkę egoistyczne i najbardziej lubią być jedyną gwiazdą show. ;-)





B. A Lilac Sweater to idealnie wrzosowy lakier ze srebrnymi drobinkami. Kiedy patrzę na zdjęcie z lewej nie mogę powstrzymać myśli, że wygląda jak żywa, iskrząca, płynna masa. A to tylko zbliżenie na zawartość buteleczki!
Tak jak w przypadku poprzednika czy innych metalicznych lakierów - trzeba pamiętać o zabezpieczeniu skórek i porządnym doczyszczeniu płytki, bo srebrne drobinki lubią zostawać na płytce, zwłaszcza w bardziej skomplikowanych, drobnych wzorach.



B. A Lilac Sweater na białej bazie wygląda całkiem dobrze, jak zwykły, fioletowy lakier. Oczywiście znów - na ciemnej nabiera mocy i pięknie lśni.

Moja zbieracza natura mówi mi, że pozostałe dwa odcienie też niedługo wpadną w moje ręce - co prawda nie mam zielonego pojęcia, kiedy i przede wszystkim co będę nimi stemplować (bo jak często sięga się po kolory w stemplowaniu?), ale chcę i już. Bo ładne.
Jeśli Wam również wpadły w oko, to cały set lakierów z jesiennej kolekcji dostępny jest na allegro w cenie 85,90 zł, natomiast pojedyncze lakiery kosztują 15,90 zł. ;-)

wtorek, 12 stycznia 2016

PAZNOKCIE | SCANDALOUS GLAM

Witajcie!

Chyba po raz pierwszy zdarzyło się tak, że kiedy na rynku pojawiła się nowa kolekcja lakierów, cała trafiła w moje ręce. Zazwyczaj ograniczałam się do wyboru jednego czy dwóch lakierów, tych, które podobały mi się najbardziej, ale tym razem po prostu nie mogłam. Zimowa kolekcja Infamous od Orly najpierw pojawiła się u mnie w postaci setu miniaturek, a potem od marki dostałam brakujące dwie buteleczki, więc pomału będę je wszystkie Wam pokazywać.


Zaczniemy od kremowego lakieru Scandal i brokatu Gossip Girl (czy tylko mi ten lakier przez nazwę kojarzy się z serialem?! ♥). Oba te lakiery mam w miniaturowej pojemności, ale wierzę, że ich właściwości w dużej buteleczce nie są inne.
Scandal to głęboko czerwony, wręcz burgundowy odcień z nutami maliny (w rzeczywistości nieco ciemniejszy niż na zdjęciach). Lakiery w tym kolorze zazwyczaj są wymagające - nie inaczej jest w tym przypadku. To klasyczny krem o średniej gęstości, do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy, trzeba jednak z nimi uważać i nakładać je równomiernie - w przeciwnym razie na paznokciach będzie widać różnice w odcieniu! Warto jednak się chwilę pobawić, bo Scandal na paznokciach prezentuje się bardzo klasycznie i elegancko. Przy zmywaniu nie barwi skórek, ale uwaga - może barwić płytkę paznokcia, zwłaszcza noszony dłużej!


W zdobieniu połączyłam Scandal z brokatem Gossip Girl, chociaż ten akurat brokat - ze względu na dobre krycie - można na paznokciach nosić solo. To przezroczysta baza z bardzo dużą ilością złotego i czerwonego shimmeru/pyłku - właśnie dzięki temu lakier kryje lepiej niż klasyczne brokaty i na paznokciach lśni jak szalony. W bazie zatopione są ponadto złote heksy/plastry miodu, które w czasie malowania rozkładają się nierównomiernie, ale nie zbijają się w grupy, jak było to w przypadku Turn It Up.


Oba te lakiery oczywiście sprawdziły się świetnie w świątecznych zdobieniach, ale dzisiaj chciałabym Wam pokazać, że nie tylko w okresie Bożego Narodzenia będą idealne. Bazą dla całego zdobienia jest oczywiście Scandal, do którego, jak już wspomniałam, dołożyłam brokatowy akcent Gossip Girl na paznokciach palców wskazującego i małego. Pozostałe paznokcie ozdobiły złote stemple, odbite lakierem B. A Golden Queen.


Wzoru, którego użyłam, możecie nie rozpoznawać - pochodzi z nowej płytki B. Loves Plates B.05 let it snow. O samej płytce jeszcze napiszę, ale teraz chciałam tylko zwrócić Waszą uwagę na fakt, że chociaż płytka jest stuprocentowo śnieżynkowa, można z jej wykorzystaniem zrobić zupełnie nie zimowe zdobienie. Wzór, który widzicie na dwóch paznokciach to fragment śnieżynki umieszczonej na środku płytki!

zdj. B. Loves Plates

Można? Można! Wszystko dzięki nowemu stemplowi - to zdobienie to moje pierwsze podejście do stempla typu Clear, czyli tego cuda, dzięki któremu można precyzyjnie trafiać z wzorami w wybrane miejsce na paznokciu. U mnie ta precyzja jeszcze nie jest stuprocentowa, ale kilka prób i mam nadzieję, że te wszystkie wzory, które wymagały idealnego wycelowania już nie będą moją zmorą.


Złoto i czerwień to bardzo klasyczne połączenie. Co powiecie na jego ujęcie w taki sposób? Jak podobają się Wam lakiery Orly? ;-)